Anonim

Prowadzenie szkolnego promieniowania rentgenowskiego

Zostałem zaproszony do kręgu krzeseł i sądząc, że będzie to dobra okazja do poznania ukształtowania terenu, chętnie dołączyłem do ich kręgu. W jednej z gier, w którą grali, Dzień Dobry, uczniowie na zmianę stawiali krzesła i poruszali się przed kolegą z klasy, wyciągając rękę i mówiąc: „Dzień dobry”, a następnie pytając: „Jakie są wieści?”. Zapytana osoba podzieliłaby się z klasą wiadomościami, zanim wstanie i powtórzy proces. Gra trwała, dopóki wszyscy członkowie klasy nie zostali przywitani po imieniu i wysłuchani.

Wraz z resztą klasy czekałem kilka niezręcznych pauz, gdy niektórzy z trzynastu i czternastolatków usiłowali znaleźć właściwe słowa, wyglądając, jakby studiowali podłogę, słuchali wielu dość niemądrych kawałków wiadomości opowiadane z samoświadomymi uśmiechami, a nawet świadkami, jak kilkoro dzieci chętnie chwyta scenę, by zająć się słownymi rzeczami. Przez cały czas miałem świadomość, że te dzieci, choć miały szczęście być uczniami w szkole indywidualnej i mieć wspaniałego nauczyciela klasy domowej z poczuciem humoru i wyraźną kontrolą kultury swojej klasy, a także jej programu nauczania, nadal były tylko dzieci.

I właśnie dziś wieczorem usłyszałem wywiad z autorką książek dla dzieci Beverly Cleary w przeddzień jej dziewięćdziesiątych urodzin. Pod koniec wywiadu zapytano ją, czy sądzi, że dzieci będą czytać o jej bohaterach Beezusie, Henryku i Ramonie za pięćdziesiąt lat. „Och, tak” - odpowiedziała Cleary bez wahania. „Widzisz” - ciągnęła - „Nie sądzę, że dzieci zmieniają się aż tak bardzo. To świat się zmienił i zmieni, a nie dzieci. Nadal chcą takich samych rzeczy, które chcieli, gdy byłem młody. „